Pętla
Chcąc nie chcąc uprawiam turystykę miejską, poczynając od niezamieszkałych jakby o tej porze peryferii i tamże kończąc. Przy trzeciej z kolei pętli postanawiam z tym skończyć. Czynię rzut ciałem w stronę drzwi, na którym zaraz niebezpiecznie skupia się uwaga całej nocnej wegetacji. Kolejna próba nieudana, zataczam następną pętlę. Pseudo tubylec z pseudo kibicami, mieszanka haseł i gotowych szablonów, a wszystko to w mojej głowie. Zaczynam się już nawet zgadzać z nimi w drobnych kwestiach, przy entej już pętli pewnie zacznę wiwatować. W końcu cześć panom, śmierć dziadom. Już teraz kibicuję w myślach, zaczyna nas łączyć coś na kształt klaustrofobii świata, światłowstrętu, szczególnie na widok czerwonego. Zacznę wiwatować wbrew sobie jeśli natychmiast nie zrobię szumu wokół siebie.
Kierowca, który już od kilku okrążeń zaczynał wyglądać jak swój własny syn lub pseudo przywódca duchowy rozkrzyczanego tłumu, zatrzymuje z równym piskiem autobus. Teraz mam już tylko jedno wyjście - rozległa dzicz oświetlonego miasta.
Dziecko, bez objawów świadomości toczących się obok niego rozgrywek, trzyma się mocno. Jego przewrotny świat wcale nie drży w posadach, silny uchwyt dłoni nie ustaje.
Patrzę z dystansu równego najbliższemu oknu jak spokojnie wysiadam i nie oglądając się za siebie, z pewnością celu, znikam za najbliższym zakrętem. Gdzie mój dom?
Kierowca, który już od kilku okrążeń zaczynał wyglądać jak swój własny syn lub pseudo przywódca duchowy rozkrzyczanego tłumu, zatrzymuje z równym piskiem autobus. Teraz mam już tylko jedno wyjście - rozległa dzicz oświetlonego miasta.
Dziecko, bez objawów świadomości toczących się obok niego rozgrywek, trzyma się mocno. Jego przewrotny świat wcale nie drży w posadach, silny uchwyt dłoni nie ustaje.
Patrzę z dystansu równego najbliższemu oknu jak spokojnie wysiadam i nie oglądając się za siebie, z pewnością celu, znikam za najbliższym zakrętem. Gdzie mój dom?